ludzie kruki

4 10 2008

Rodzice nie zawsze pomagają swoim dzieciom w życiu. Pokuszę się o stwierdzenie, że czasami nawet im w nim przeszkadzają. Świadomość faktu, że nie zawsze postępowanie rodziców wobec dziecka jest pożądanym działaniem wychowawczym i może wyrządzać mu krzywdę, wciąż z trudem toruje sobie drogę w ludzkich umysłach. Kwestia stosowania kar fizycznych – ze względu na swoją drastyczność – jest przedmiotem wielu dyskusji, lecz problematyka przemocy emocjonalnej pozostaje na dalszym planie.Tymczasem, jak dowodzą badania, krzywdzenie emocjonalne w dzieciństwie może powodować wiele trudności emocjonalnych, poznawczych i behawioralnych, które trwają w późniejszych latach życia człowieka. Fakt stosowania wobec dziecka przemocy emocjonalnej okazuje się być większym sprawcą zaburzeń w rozwoju, niż częstość i natężenie przemocy fizycznej. Badania nad przemocą domową przeprowadzone w Polsce przez dr socjologii, Monikę Sajkowską w 2001 r., dowiodły, że co drugie dziecko czuje się krzywdzone emocjonalnie przez swoich rodziców. Dzieci odbierały w ten sposób takie zachowania, jak wyrażanie niezadowolenia rodziców z niespełnienia pokładanych w dziecku nadziei, wyzywanie i poniżanie, przeciążenie obowiązkami domowymi, nadmierna kontrola czy – najrzadziej – zaniedbanie. W opinii ankietowanych osób dorosłych największa część dzieci doświadcza zaniedbania (41%), zaś nieco mniejsza grupa – wyzywania i obrażania. To odwrócenie kolejności może świadczyć o tym, że dla znacznej części dorosłych wiele zachowań krzywdzących dziecko emocjonalnie zalicza się do zwykłych form relacji wewnątrz rodziny. Można wręcz zaryzykować tezę, że dorośli pamiętają głównie o tych formach przemocy emocjonalnej, które trudniej jest ukryć przed światem zewnętrznym. Zaniedbania higieny, podkradanie kolegom kanapek z głodu, czy też głośna awantura potencjalnie łatwiej przyciągają uwagę otoczenia. Dlatego chciałbym zaapelować o wyrażanie szacunku dla dziecka, ponieważ jest ono przede wszystkim człowiekiem, a potem dopiero czyimś dzieckiem. Przecież w życiu liczy się coś więcej niż pieniądze i cały ten materializm.

Wartości materialne są fundamentem biologicznego aspektu życia człowieka. Zapewniają one możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb bytowych, dają poczucie bezpieczeństwa i stwarzają prawdziwy wymiar przeżywania istoty społeczeństwa. Materia jednak jest krucha i przemijalna, więc dobra materialne, środki techniczne, pieniądze, pożywienie – to tylko powierzchowne dobro. Jednak człowiek współczesny ma poczucie, żę żyje teraz bardziej, niż kiedykolwiek indziej. Polepszenie warunków życiowych, większy dostęp do dóbr materialnych powodują, że człowiek oprócz spełniania potrzeb, koncentruje się na zachciankach, które zapełniają jego wewnętrzną pustkę.

Wartości etyczne kształtują istotę społeczeństwa. Duchowy wymiar ludzkiej egzystencji określa wiara, nadzieja, miłość, dobro, prawda. Osobowość człowieka kreują kanony i wzory zachowań w obrębie moralności. Czyni to właśnie człowieka ludzkim – zdolnym do przeżywania i uznawania wartości.

Wartości estetyczne określają sferę doznań i przeżyć. Podziw dla piękna i zdolność do zachwytu, pozwalają nam przezwyciężać schematyczność, powierzchowność. Bogactwo sztuki i jej wartość wyczulają człowieka na piękno świata i banalność dnia dzisiejszego.

Współczesny człowiek żyje szybko, powierzchownie i nie zastanawia się nad sensem swojego istnienia. Odrzucanie istoty człowieczeństwa jest według mnie największą zbrodnią jaką może popełnić człowiek. Unicestwienie i odsunięcie uniwersalnych wartości na rzecz byle jak wypełnionej wewnętrznej pustki jest na porządku dziennym. Wartości moralne są całkowicie zretuszowane i przybierają demonicznego wydźwięku. Jest to tylko jakby świat cieni i nieprawdziwych norm. Jedyną ogólnie uznawaną wartością jest powszechny brak zasad i ograniczeń, uzasadniany fałszywym indywidualizmem. Wszelkie wartości zostały spłycone i zdegradowane, a człowieka aprobuje dziś inne wartości i wierzy, że stanowią one esencję jego człowieczeństwa… Hołd składany materializmowi i hedonistycznym przyjemnościom stawia na piedestale to, co ulotne i nieprawdziwe. Rzeczywistość pochłania człowieka rzucając mu ochłapy tego, co mógłby mieć. Uciekając przed samym sobą człowiek ucieka od etyki i estetyki.

Człowiek decyduje o sobie, o własnej nieprzymuszonej kreacji. Na tym właśnie polega indywidualizm. Przeżywanie własnego życia po swojemu jest bardzo ważne w czasach kiedy z każdej strony w gazecie, z każdej ulicy krzyczą do nas co i jak należy robić. Są dwa rodzaje indywidualizmu: ekspresywny i liberalny. Ten pierwszy to indywidualizm sam w sobie i człowiek, aby zostać „innym” zmienia się w sobie, kształtuje siebie bez względu na okoliczności. Indywidualizm liberalny potrzebuje tła, które mogłoby służyć do odróżnienia danej osoby. Życie autentyczne każdego człowieka przybiera inny kształt ze względu na niego samego. Każdy z nas oczekuje czegoś innego od świata, każdy ma inne aspiracje i inne poczucie piękna, dobra. Moim zdaniem nie da się wymienić wartości, które powinny kryć się pod ideałem życia, ponieważ taki ideał nie istnieje. Ważne jest tylko to, aby w teraźniejszym świecie nie zatracić siebie i wyznaczyć sobie jakiś cel, do którego będzie się dążyć w oparciu o wartości etyczne i estetyczne.

.

Ta rzeczywistość mnie przeraża, lecz nie poddam się. Chcę wiedzieć o źle, mieć tę świadomość, ale nie uciekać przed przeciwnościami. Nie można bać się jutra. Czy warto trwać w zawieszeniu, nie próbując nigdy niczego zmienić? Oczywiście, że nie. Czasem warto działać, mimo nieodpowiednich ideałów kreowanych przez rodziców. Warto retuszować swoje wady i zmieniać się na lepsze. Życie posuwa się do przodu, cenny czas nam ucieka. Każde nowo podjęte wyzwanie jest czymś niezwykłym. Prawie niczego nie jestem w stanie przewidzieć na pewno, ale nie będę bać się przyszłości. Chcę widzieć dobre strony, kolorowe barwy, a najtrudniej jest zobaczyć to, co jest. Zawsze będę pamiętać, że w życiu liczy się coś więcej niż przetarte ścieżki. Coś niezwykłego i bezgranicznie nieprzewidzianego. Po prostu szczęście…szczęście do samego siebie i ścieżki którą zdecyduję się podążać. A czy moje dążenia okażą się owocne – czas pokaże. Człowiek współczesny żyjąc przy odrzuceniu wszelkich wartości etycznych i estetycznych, żyje na przekór własnej, ludzkiej naturze. Może warto to zmienić i inaczej spojrzeć na siebie? Może przez pryzmat miłości? Wiary? Nadziei? Piękna? Sztuki? Życia? I pamiętajmy, że dobre samopoczucie – wcale nie jest wartością.

Chciałbym umieć żyć mądrze. Chciałbym umieć żyć autentycznie. Chciałbym aby ludzie nauczyli się żyć. Kto wie, może jeszcze kiedyś będę dumny ze swojego gatunku?..

.

.

.

.

.

Pisałam używając męskich form. Cóż.. czasami tak łatwiej myśleć.

Dzisiaj wyruszam w śląskie. Może uda mi się zebrać. i wrócić.





ciąg dalszy wpisu poprzedniego

9 05 2008

Miłość wyróżnia się z innych zachowań międzyludzkich, ponieważ miłością w wielkim stopniu jest też przyjaźń. Miłość posiada strukturę aksjologiczną. To znaczy, że tym co ją tworzy jest wyjątkowość i jedyność drugiego człowieka. Psycholodzy mądrze mówią, że w miłości nie może nastąpić zjawisko przeniesienia, nie można dowolnie podstawić innej osoby w relacji miłosnej. Bo czy siostra bliźniaczka zastąpi ukochaną małżonkę? Miłość sięga głębiej niż powierzchowność, niż cechy osobowości człowieka obecne w psychice tej drugiej osoby. Tu właśnie jest pierwszy element aksjologiczny – jedyność i niepowtarzalność drugiego człowieka. Miłość już w początkowej fazie jak gdyby przeczuwa jeszcze inne wartości przedmiotu aniżeli te, które już zostały ujawnione. Drugi człowiek jawi się w takich wartościach jak piękno, wdzięk, witalność, mądrość, inteligencja, głębia duchowa itd. Czyli miłość jawi się jako swoista odpowiedź na wartość. Wydaje się, że jest to tutaj kluczowe pojęcie. Odpowiedź na całościową wartość ucieleśnioną niepowtarzalnie w konkretnej osobie ludzkiej. Na tym poziomie jesteśmy niepowtarzalni. Nikt nie posiada takiej samej mozaiki wartościowości. W miłości bardzo głęboko tkwią pewne jakości aksjologiczne. Poza wartościami miłość staje się niezrozumiała, staje się jakąś iluzją. Byłoby też nieporozumieniem ujmowanie istoty miłości nie wychodząc od siebie.

Miłość z istoty swojej jest ekscentryczna. Centrum nie jest we mnie, tylko jest na zewnątrz. Miłość nie służy jakiemuś doskonaleniu siebie, realizacji jakiś swoich potencjalności bytowych. Nawet nie służy tak wysokiej wartości, jaką jest szczęście. Owszem szczęście powinno być nieodłącznym elementem miłości, jako produkt uboczny. Wielki pisarz Karol Ludwik Komiński pisał w swoich zapiskach na ten temat: “miłość nie jest radością, miłość jest to przylgnięcie do cudzego jestestwa, zespolenie się z cudzym jestestwem, poddanie się cudzemu jestestwu, wyzucie się ze siebie dla cudzego jestestwa. Miłość niszczy siebie dla drugiego, miłość nie szuka radości swojej, tylko szuka drugiej rzeczywistości, aby się z nią zjednoczyć, ale miłość daje radość wbrew sobie samej, otrzymuje radość. Nie żądając nagrody jest wynagradzana, stracić duszę żeby ją odzyskać”. To jest bardzo ważna druga cecha do podkreślenia – ekscentryczność, wyzucie się z siebie, transcendowanie siebie. Czym więc w swojej istocie jest miłość?

Przez pełne poznanie drugiego człowieka możemy dopiero na tym poziomie dotrzeć do jego głębi . Drugi staje się dla nas przeźroczysty, poznajemy go. I dopiero tu rozumiemy jedność i niepowtarzalność tego, kogo kochamy. Dopiero tu a nie tam, bo charaktery są typiczne, osobowość jest typiczna. Gdyby tak nie było, niemożliwe byłoby uprawianie psychologii, gdyby każdy z nas był diametralnie różny na poziomie psychicznym. Trzeba by było uprawiać psychologię konkretnych np. Kowalskich. Dopiero docierając do – TY drugiego człowieka czujemy się z nim zjednoczeni, mamy poczucie, że ta miłość jest ważna. Tu dochodzimy do następnej cechy – miłość jest ważna raz na zawsze. Jeżeli ktoś nie ma tego poczucia – nie kocha.

Jeżeli ktoś kocha warunkowo to tak naprawdę nie kocha. Kolejną cechą miłości jest jej bezwarunkowość. Będę cię kochał również wtedy, gdy sfera psychiczna czy fizyczna będzie się zmieniała. Jeżeli ja spotykam się z kimś na płaszczyźnie fizycznej czy psychicznej to co będzie, kiedy nastąpi okaleczenie ciała czy zmiany psychiczne? Nie będę miał powodu żeby z tą osobą być. Wręcz przeciwnie: będę miał powód, żeby się z nią rozstać. Ukochany człowiek jest nam potrzebny i bez niego nie potrafimy sobie wyobrazić życia. Dobrze, że tak jest ale trzeba pamiętać o jakże cennym stwierdzeniu Ericha Froma, który w książce: “O sztuce miłości” napisze: “niedojrzała miłość mówi – kocham cię ponieważ cię potrzebuję. Dojrzała miłość powiada – potrzebuję cię ponieważ cię kocham”. To nie jest żonglerka słów. To jest fundamentalne rozróżnienie. Jeżeli ja cię kocham ponieważ cię potrzebuję – to tak naprawdę cię nie kocham. Natomiast jeżeli ja cię potrzebuję, bo cię pokochałem to już nie jest to różnica w przełożeniu akcentów, to jest różnica istotowa.

Co leży u genezy spotkania dwojga ludzi, miłość czy potrzeby? Jeżeli potrzeby to nie ma miłości, a jeżeli miłość to będzie potrzeba bycia razem. Miłość nie jest wynikiem potrzeby, owszem rodzi potrzebę. Ale to jest zupełnie inna sprawa, być skutkiem czegoś i być przyczyną czegoś. Miłość nie dopuszcza też możliwości, że ukochany człowiek przestanie kiedyś istnieć. W istotę miłości jest wpisana potrzeba nieśmiertelności. Miłość próbuje więc przebić ograniczenie, jakim jest śmierć. Chce trwać wiecznie. Stąd wielu teologów współczesnych będzie podkreślało, iż ta miłość oblubieńcza tu na ziemi zapoczątkowana będzie w jakiś sposób trwała w wieczności. Ci teolodzy dostrzegają element wieczności w miłości i to niezależnie czy ktoś jest chrześcijaninem czy ateistą - to jest po prostu cecha miłości.

Weszłam w życie z pewną wiarą – wiarą, że znajdę osobę mi bliską, osobę godną mojej miłości. Lecz niestety, do tej pory nie znalazłam, mimo intensywnych poszukiwań. Istnieją ludzie – zjawy i ludzie – kawałki mięsa. Istnieją ludzie, o których już po pierwszym spojrzeniu mogę powiedzieć, że nigdy mnie niczym nie zaskoczą. Istnieją ludzie, w których towarzystwie zaczynam inaczej mówić, inaczej się zachowywać. Jednak nie mówię tu o nakładaniu jakiejś maski, najwyżej o lekkim podmalowaniu swojego oblicza. Każdy z ludzi powinien mieć swojego ducha, lecz niestety, nie każdy potrafi go zauważyć – prostota boli najbardziej. Istnieją ludzie prości i radośni – zazdroszczę im tego. Zazdroszczę im, że potrafią położyć całe swoje życie na jednej szali i tak odkryć się przed ukochanym człowiekiem. Zazdroszczę – bo sama tego nie potrafię…

Nie potrafię znaleźć się z powrotem po tej łatwiejszej stronie życia… przed pionową krechą poznania. Jestem już po drugiej stronie, a co najmniej na granicy. Nie ma tu żadnego wzorca, żadnej prawidłowości. Nie wiem nawet co jest tu główną podporą a co prowizorycznie rzuconym na szalę tematem. Konfiguracja świata jest zaskakująco niepowtarzalna. Nie mogę ogarnąć nieprzystawalności aspektów i zagadnień, asymetrii planów i łączników, map i załączników, wykresów, przypadkowości wypadków, rewolucji, charakterów, nieregularności nastrojów, spotkań, etapów…wyborów. Czarna krecha ciągnie się dokładnie między moją jedną a drugą skronią.

Dusza jest w każdym używanym przedmiocie i ciele. W każdej istocie jest inna. Ile razy wyczuwałam w obracanym w palcach przedmiocie nagromadzenie emocji? Ile razy będąc w muzeach miałam wrażenie, że to przedmioty obserwują mnie?.. Człowiek także rodzi się bez ducha. Zdobywa go dopiero dzięki rodzicom, przyjaciołom, znajomym. Takie silne poświęcenie ducha innym ludziom, chciałabym nazwać miłością. Magia dni powszednich. Niepewność w uśmiechu. Tajemniczość w spojrzeniu. Smutek na wargach. Rozerwanie duszy…

Przywykłam do wydobywania inności z ludzi. Pamiętam, będąc dzieckiem bawiło mnie uderzanie pałeczkami w boki cymbałkowych sztabek. Nieraz podtrzymywałam je palcem aby nie rezonowały. Polubiłam to fałszowanie i nieraz „grywałam” w ten sposób. Pung, pik, pang…

Ludźmi lubię się bawić podobnie. Przywykłam, że nasze wnętrza nigdy nie współgrają i umyślnie staram się nie trafić w centrum sztabki. Dużo w tym potrzeby bycia kimś innym, egocentryzmu samotnika… Jednak nie jest mi przykro. Nawet załzawione oczy mojej matki, podczas gdy się z nią kłóciłam, nie umiały mnie powstrzymać. Pung, pik, pang…

„Bawimy się uczuciami innych, nawet tych na których nam zależy. Udając, że ich nie zauważamy. Nie zważając na to, czy ich ranimy, nie obchodzą nas ich uczucia, nie interesuje nas to, co czują. Dlaczego, dopiero kiedy mają już odchodzić z naszego życia, zdajemy sobie sprawę z tego, że ich naprawdę kochamy?..” Ten wiersz nie posiadający autora powinien pozostawić w mojej duszy wielką białą plamę, lub chociaż wytrzeć to, co pozostało z moich myśli. Jednak tak się nie stało.

Wiem, że jestem samotna i…dobrze mi z tym. Chciałabym wykonać wielki skok, żeby nie trudzić się latami zbędnej edukacji, napędzić swoją słowną maszynerię potokami myślowodów i osłonić się swoją filozofią, niczym tarczą. Pragnę poczuć się intelektualnie bezpieczna. Marzę aby móc urabiać rzeczywistość w plastyczną masę, przepuszczać przez swój system i badać kształt tego, co wyłoni się spod lśniącej kopuły wrażeń. Chcę zwyciężyć ostatecznie nad banałem, jakim są emocje, lub chociaż odcedzić od niego swoje życie. Nie chcę już masturbować się telewizją i harlequinami. Nie chcę widzieć pięknych, nic nie wartych świątyń, pomników miłości. Znam wiele odcieni samotności – i dobrze mi z tym. Powinnam więcej milczeć. Słuchać. Rozliczyć się. Ale nie chcę. Z nikim nie wiąże mnie tyle, co z pustą przestrzenią. Mimo cudowności miłości, moje serce nie jest dla niej zbyt wygodne – najwidoczniej nie dobrze jest jej tam mieszkać.

Wracając do miłości jako treści istnienia człowieka, muszę pokusić się o stwierdzenie, że nie jest ona do życia niezbędna. Oczywiście życie z nią w duszy jest dużo prostsze i może zapewnić wiele szczęścia. Jednak można przez nią także wiele wycierpieć. Można zapewnić sobie inny standard życia, wystarczy tylko mieć czym zapełnić własne „państwo ducha”. Warunkiem istnienia jako człowiek, wcale nie jest posiadanie innego człowieka. Ja nikogo nie posiadam, a sądzę, iż sama w sobie istnieję bardziej niż niejedna istota na tej ziemi.